na uszach Valerie, ciemne, zatłoczone ulice.. tysiące ludzi w tramwajach eskortowanych przez policję śpiewają jedną pieśń.. zielono-biało-czerwony tłum, tramwaje i autobusy.. lekko zastraszeni przechodnie.. ta radość barwnego tłumu jednak jest zaraźliwa.. i mnie ogarnia jakieś dziwne podniecenie, niewiadomo-skąd-biorący-śię optymizm.. idę na spotkanie z P... po drodze mijają mnie neony, rowery, ludzie.. wszystko w zwolnionym tempie.. jeszcze chwilę temu byłem tylko kolorowa plamą na czerwonym tapczanie.. a jeszcze wcześniej kierowcą plastikowego mercedesa.. nikt nie spodziewał się, że jeszcze powstanę i ruszę na spotkanie z moim miastem.. a jednak.. obowiązek to obowiązek.. po drodze niespodziewanie spotykam T. zwanego K... grill? grill... dam znać.. P. już czeka pod kinem.. wieczne słuchawki w uszach, tenisówki.. nie daję mu dojść do słowa.. ja, mi, mnie, ze mną, o mnie.. zielono-brązowe butelki na stole, radosny nastrój wypływający niewiadomo skąd.. a on milczy.. dopiero w ameryce łacińskiej dowiaduję się od B., że dziś stało się coś.. że ktoś wyskoczył, pisk opon, lekki huk.. ogólna złość na świat.. i to mi chciał powiedzieć P... tyle, że ja mówiłem i mówiłem.. co wcale nie powinno nikogo dziwić.. tłoczno, duszno, gorąco.. w rogu siedzi K. pomylona z A... brak dyskrecji aż razi w oczy i oślepia.. na tajnych agentów to my się nie nadajemy.. orzechowe piwo wypite na okrętkę.. zmiana miejsca pobytu konieczna.. zbyt gęsto i lepko... czas na ogólne wyciszenie.. szepty, szmery, trzaski.. przystań.. znów gęsto, lepko, duszno, ale tłum jakiś inny, lepszy.. ludzie bardziej żywi, otwarci.. a mi akurat nie chciało się wchodzić.. za dużo już tych otwartych drzwi i zrobił sie przeciąg.. chwila wiśniowej pseudorozkoszy pod wkurzonym weteranem PRL-u.. potem znów cisza.. prawie wszyscy ubrani na czarno, ale roześmiani, pełni życia.. całkiem inni niż zielono-biało-czerwona młodzież.. druga twarz miasta... przyjeżdża B. (drugi)... pitu pitu.. los karty rozdał źle.. jakby na złość.. ale nic to.. wszystko ma swoje plusy.. i znów powrót do szeptu.. cicho, nie mówiąc nic.. dziesięcioletnie pomyłki.. pozory mylą.. a czemu nie?.. bo miejsca brak... zostaje więc wyspa, gdzie wszystko się zaczyna i kończy... nibylandia.. książęce rozmowy o przerywanych stosunkach damsko-męskich i tych co trwają wiecznie.. nieśmiertelny temat zwykłych smiertelników... potem czerwona rozpacz na 4 kołach i dom.. "to jest dopiero parafia, na której trzeba uważać"- słowa podpitego,łysego młodzieńca.. miałem być o godzinie, której nie było.. praktycznie na czas, ale w teorii o godzinę za późno.. zwykły wieczór.. pełen piwnych myśli...
myśl dnia:
wszyscy potrafią czytać w naszych myślach..
2 komentarze:
tez nie macie o czym gadac tylko o zakonczonych zwiazkach damsko-meskich... phi! ;)
a kto tu pisze o zakonczonych zwiazkach damsko-meskich? przeczytalem dwa razy posta i nic ni ebylo takiego, glodnemu chleb na mysli? ;) tylko to piwne-mysli a nie glodne ;p
Prześlij komentarz